Strona główna


ARCHIWUM
2008
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec


KSIĘGA GOŚCI

Księga


DZIECI NOCY


Calla - Lady in Red



Louis
(ostatni, który tropił jednorożce)



CZYTAM

Czarna podwiązka
(Olka-demolka-rozpierdolka)


Elizejscy Przyjaciele

MMMkijwieco
(Po prostu Brat :)


Myiu
(przedsiębiorcza elizejka)


Kwiat łódzkiej etnologii
(Noemka i ekipa)


Źdźbło
(ciągle go buja)


Mervol
(sekretne okno)



ULUBIONE STRONKI






Mihaugal




KE?



Narnia (Tam, gdzie zaczyna się koniec pewnej historii i kończy początek wszystkich innych...)



Rebelion



TU TAKŻE BYWAM

Slavia

Cudowny Portal

Agnieszka Osiecka

Dead Can Dance

Kazik

Depeche Mode

Zdzisław Beksiński

Baudelaire Charles

Tadeusz Miciński

Marcin Świetlicki

Sekretne życie Salvadora Dali

Słownik wyrazów obcych (Kopaliński)

Cradle of Filth

Devlinerium

what's your name?

a kiedyś cię znajdę :)

Horror On-line

Horror On-line (forum)

Horror Zone

Arena Horror

Carpe Noctem



Pola Elizejskie (czat)


Poświęć chwilkę - czasem warto

BYKOM-STOP - Poprawna pisownia i ortografia w Internecie


„Cóż są słowa?
- Marne formy w które myśl człowieka
Nędze swojej powszedniej obleka.”

Maria Konopnicka

„A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą -
I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!...”

Bolesław Leśmian


28.06.2006 :: 12:42...

"Każdego dnia trzeba posłuchać choćby krótkiej piosenki, przeczytać dobry wiersz, obejrzeć piękny obraz, a także - jeżeli to możliwe - powiedzieć parę rozsądnych słów"

Johann Wolfgang Goethe

Hmm a która to już godzina? :)


Komentuj (7)


24.05.2006 :: 12:27...

Bolesław Leśmian - Ludzie

Szli tędy ludzie biedni, prości -
Bez przeznaczenia, bez przyszłości,
Widziałem ich, słyszałem ich!...

Szli niepotrzebni, nieprzytomni -
Kto ich zobaczy, ten zapomni.
Widziałem ich, słyszałem ich!...

Szli ubogiego brzegiem cienia -
I nikt nie stwierdził ich istnienia.
Widziałem ich, słyszałem ich!...

Śpiewali skargę byle jaką
I umierali jako tako...
Widziałem ich, słyszałem ich!...

Już ich nie widzę i nie słyszę -
Lubię trwającą po nich ciszę.
Widziałem ją, słyszałem ją!...

Miało być na przekór Leśmianowi, nie będzie. Przyszykowałem sobie kielich z kwaśnym winem, który muszę wypić do dna. Dołączyłem do tego długiego łańcucha ludzkich istnień połączonego myślą prostą: Spadam!

Pomiędzy zdania
W niedorzeczności
bez wahania

Nawet jeśli...
to kiedy wstanę, żeby zatańczyć, orkiestra właśnie pójdzie srać.



Komentuj (6)

05.04.2006 :: 20:48...

Tęsknię do mojej Przystani.
Odebrano mi ją prawie rok temu.
Tak bardzo brakuje mi tych ożywczych chwil...

Nawet teraz nie mogę...

Zamknęli moją Przystań...



Komentuj (2)

22.03.2006 :: 11:30...

Awenturium: Pochód Bezimiennego

 
Po strzechach domostw  przemknął złowrogi cień. Jak ciężka chmura musnął zwieńczenia dachów. Przejrzał łany złocistego zboża. Sunął od strony morza i gór. Nadciągał towarzysząc Bezimiennemu. Wszystko, co tylko znalazło się choć na moment w obrębie jego cienia – bladło i szarzało. Padało martwe. Kwiaty zwijały swe delikatne płatki i ze smutkiem opadały na wilgotną ziemię. Wystraszone zwierzęta w panice uciekały, łamiąc kończyny na zwalonych pniach drzew, lub rozbijając się o siebie nawzajem. Groza ciągnąca za cieniem Bezimiennego mroziła krew i serca żywych stworzeń, zamieniając je w pozbawione myśli, podporządkowane jego woli ghule, często zaś zwyczajnie je uśmiercając.

Chłopi, widząc nadciągający cień, biegiem puszczali się z pól do swych domostw, nawołując przy tym głośno i nakazując dziatwie i kobietom skryć się gdzie popadnie. Od wsi do wsi biegła wieść o zagładzie ciągnącej przez Elyssię.

To On był jej przyczyną i sprawcą. Bezimienny. Sunął wysoko w powietrzu i śmiał się z satysfakcją, widząc dzieło swego zniszczenia. To był dopiero początek. Jedynie preludium jego przyszłych dokonań. Nie zamierzał bowiem ograniczyć się jedynie do swego złowrogiego cienia. Chciał przy najbliższej okazji zejść na dół i wreszcie, po tylu latach, poczuć smak ludzkiej krwi. Przesiąkniętej trwogą i przerażeniem. Pragnął ponownie zasmakować człowieczego mięsa, wciąż jeszcze ciepłego i drżącego w jego szponach.

Teraz nadarzała się ku temu wyśmienita okazja. Pod sobą dojrzał bowiem kolejną wieś. Zadarł do góry potworny łeb i napełnił okolicę okropnym rykiem, po czym skulił się i zanurkował, składając skrzydła. Ludzie, dostrzegłszy atak potwora, rzucili się do ucieczki. Ich wysiłki były jednak bezskuteczne. Nikt nie mógł uciec przed Bezimiennym. Jego bystre oczy wypatrywały każdego, kto tylko próbował się przed nim skryć. Lądując między chatami, potwór pochwycił w szpony jedną z uciekających w popłochu kobiet. Zatopił jeden z pazurów w jej gorącym ciele, po czym jakby od niechcenia rozerwał ją na pół, rzucając truchło na dach obory. Syknął tak przeraźliwie, że naraz wszyscy mieszkańcy wioski zastygli w swoich pozach, nie mogąc zmusić się do żadnego ruchu. Pot oblewał ze strachu ich twarze, gdy widzieli bestię krocząca między nimi. Bezimienny pochwycał co chwilę jednego z ludzi i wgryzał się w jego zesztywniałe ciało. Sycił się strachem. Z lubością spijał gęstą, gorącą krew swych ofiar. Rozrywał ciała i wysysał je nie pozostawiając ani jednej kropli posoki. Zmasakrowane trupy wieśniaków wnet pokryły teren wioski. Poodrywane członki makabrycznie oblepiały dachy domostw. Potwór śmiał się głośno i pławił w dziele zniszczenia. Pod ścianą jednej z chat dostrzegł zbite w gromadę dzieci. Przerażone oczy małych ludzi sprawiły mu przyjemność. Skierował się ku nim powolnym krokiem. Krocząc omiatał gorącym oddechem ludzi stojących nieopodal. Żar wydychanego powietrza palił na nich skórę, która skwiercząc po chwili przeistaczała się w popiół. Kilka psów rzuciło się ku niemu, ujadając i kąsając jego grubą skórę. Bezimienny parsknął jedynie na ich nędzne próby i niby od niechcenia machnął ogonem. Trafione silnym uderzeniem zwierzęta potoczyły się od niego, niczym koła, które rozchodzą się na wodzie po rzuconym kamieniu. Martwe ciała opadły w bezruchu na ziemię. Jeden z psów, rozerwany w połowie, czołgał się rozrywając przednimi łapami piach, ciągnąc za sobą wypływające wnętrzności i skomlał boleśnie, by po chwili wyzionąć ducha.

Gdy Bezimienny zbliżył się do gromadki wystraszonych dzieci, nagle między niego, a jego przyszłe ofiary wyskoczyły kobiety uzbrojone w widły i łopaty. Wymachiwały nimi groźnie, jednak bez wystarczającego przekonania. Wiedziały bowiem bardzo dobrze, że na nic nie zdadzą się ich próby. Potwór spojrzał na obrończynie drwiącym wzrokiem. Westchnął z politowaniem i wykonał mały ruch pazurem wskazującego palca. Cztery kobiety nagle stanęły w płomieniach. Ich włosy zajęły się jasnym ogniem, ubrania zaczęły płonąć i palić skórę. Z ust wydobyły się długie płomienie ognia, który trawił je także od środka. Po chwili cztery żywe pochodnie opadły martwe na ziemie pod nogami swoich dzieci, dopalając się jeszcze burzliwie przez chwilę i gasnąc po paru chwilach. Wystraszone tym widokiem dzieci zaczęły płakać, lecz ich szlochy zaraz zniknęły w okrzykach rozpaczy kolejnych kobiet, które mimo tego, co przed chwilą dane im było zobaczyć, dalej próbowały ratować swe potomstwo. Dołączyło do nich kilku mężczyzn, ze strony których posypał się w kierunku Bezimiennego grad kamieni i rzucanych przedmiotów. Potwór syknął i jednym oddechem spalił na popiół część napastników, resztę zaś porwał w swe szpony i rozszarpał, skrapiając ich krwią wszystko dookoła. Gromadka niewinnych istot zbiła się bardziej, lecz nie było już dla nich żadnego ratunku.

Po kilku minutach nie została już w wiosce żadna żywa istota. Jedynym dźwiękiem były trzaski palących się domów, a jedynymi oddechami – łapczywe hausty pochłanianego przez ogień powietrza.

W taki sam sposób ginęły kolejne wioski, mające nieszczęście znaleźć się na drodze Bezimiennego. Zostawiał po sobie tylko śmierć, popiół i swąd spalenizny. Nie oszczędzał nikogo i niczego. Realizował swoje przeznaczenie, cel, który przywołał go do ponownego życia. Był wciąż nienasycony i czuł, że jego głód nie zostanie zaspokojony zbyt prędko. Dopiero zaczynał oddawać niebytowi Elyssię…

mihaugal 



Komentuj (1)

21.03.2006 :: 17:36...


Awenturium: Wiadomość

Mijał już piąty dzień odkąd przybyli w odległe pustkowia Gór Korony. Piołun zaczął wydziwiać i kręcić nosem jak tylko zrozumiał dokąd się wybierają. Zimne, puste a co najgorsze przeraźliwe nudne górskie hale i szczyty, to ostatnia rzecz jaką chciałby widzieć, a co dopiero spędzić tam kilka dni. Awentur początkowo nie chciał tłumaczyć demonowi jaki jest cel ich wędrówki, a co ważniejsze motyw. Obawiał się, że Piołun będzie mu marudził całą drogę – na tyle już go znał. Gdy w końcu przyznał się, że przybyli tu by medytować, demon wpadł w furię, która zakończyła się wielką kłótnią. Piołun tak się obraził, iż postanowił nie odzywać się do Strażnika, aż do czasu gdy nie opuszczą gór. Trudno powiedzieć czy Awentur zaplanował taką sytuacje, niewątpliwie taki bieg wydarzeń był mu na rękę. Przez kilka dni nie musiał się przejmować swoim młodym kompanem, miał go z głowy. Mógł spokojnie oddać się rozważaniom, bo było nad czym dumać. Od śmierci Eliego nic nie szło tak jak powinno, co rusz popełniał jakieś kardynalne błędy. Ciągle też nie uporał się ze swoją amnezją, a tak wiele musiał sobie przypomnieć, poskładać wszystko w sensowną całość. Dlatego zdecydował się na tę wędrówkę, a Góry Korony to najlepsze miejsce by zajrzeć w swoje wnętrze i poszukać odpowiedzi. Tutaj czuł bliskość Jedynego jak w żadnym innym miejscu i właśnie tu w wnętrzu gór kryła się jedna z największych tajemnic Elyssi – Kamień Serce. Gdy sięgał w jego wnętrze, to czytał jak z otwartej księgi. Śledząc wydarzenia przeszłe i teraźniejsze studiował historię świata, a zarazem wypełniał luki w swej pamięci. By wykonać taką skomplikowaną operację potrzebował niemal całkowitej ciszy i skupienia, nie chciał zakłócić snu Kamienia. Dlatego musiał całkowicie odciąć się od świata zewnętrznego, pozbawić się zmysłów by móc zjednoczyć się z Sercem. Przez wiele dni tkwił w kompletnym bezruchu siedząc skulony w mrocznej wnęce jaskini. Powoli kończył sesje i powracał do świata żywych. W samą porę, gdyż cierpliwość demona osiągnęła już swój kres.

 

- Krew i popioły!!! – zaklął Piołun – Cholerne zadupie! Na tym pustkowiu nic się nie dzieje. Nudzę się!

Awentur już w pełni przebudzony, zainteresował się nagłym wybuchem emocji kompana i leniwie uniósł powieki. Młody demon odwrócony do niego plecami, kucał przy wejściu do jaskini i nerwowo ostrzył pazury o kamienną posadzkę.

- Krew! – przekleństwu towarzyszył zgrzyt szponów o kamień – Popioły! – zgrzyt. – Kreeeaaaałaaa –zawył nagle.

- Będziesz cicho czy mam rzucić kolejnym kamieniem? – z głębi jaskini dobiegł go głos brata. – Potrzebuję spokoju Piołunie, chcę medytować w ciszy, czy proszę o tak wiele?

Piołun odwrócił się w stronę Awentura posyłając mu wymowne spojrzenie.

- Tkwimy w tej norze już kilka dni i co? – oburzył się. – I nic! Ty sobie drzemiesz i bujasz w obłokach a ja umieram z nudów.

Strażnik przeciągnął się leniwie i podniósł z posadzki. Rozpostarł swe czarne skrzydła i poruszył nimi jakby od niechcenia. Ruszył w stronę wyjścia, pragnął powitać noc i odetchnąć świeżym powietrzem. Odrzucił kaptur na ramiona – czynił to niezwykle rzadko i tylko gdy był sam lub w towarzystwie demona – pozwolił by zimny podmuch wiatru owiał jego twarz i zmierzwił srebrne włosy. W całkowitym bezruchu, oddając się tylko pieszczotom wiatru, stał przez dłuższą chwilę. Gdy Piołun był już przekonany, że Awentur znowu wszedł w trans, ów nagle przemówił.

- Gdy tak sobie drzemałem i bujałem w obłokach... – rozpoczął cichym lecz dźwięcznym głosem. - ...usłyszałem lament skał, jęk przestworzy i płacz dzikiego zwierza...

- Znowu zżarłeś te paskudztwa rosnące na drzewach, tak? – wszedł mu w słowo demon. – Głupi bratek, głupi nierozważny bratek.

- Coś zakłóciło równowagę, gdzieś daleko na południu – kontynuował nie zwracając uwagi na złośliwe komentarze demona. – Coś się obudziło lecz całun Chaosu skrywa przede mną prawdę.

Strażnik odwrócił się w stronę brata obdarzając go tajemniczym uśmiechem.

- A więc mówisz, że się nudzisz? – zapytał wesoło.

Darius 



Komentuj (7)

16.03.2006 :: 15:14...

Drogi Czytelniku.

Przed Tobą pierwsza część nowego cyklu Kronik Awentura zatytułowanego Awenturium. Ojcem pomysłu tak jak i fabuły jest ziomek Mihaugal – więc wszelkie pochwały jak i zażalenia proszę słać na jego konto. Ja tylko wypełniam luki pomiędzy jego opowiadaniami :)
Życzę miłej lekturki.

Awenturium: Bezimienny

Przeraźliwy pisk przeszył całą okolicę. Nawet wiatr wystraszył się tego groźnego wycia. Najbliżej znajdujące się zwierzęta padały martwe, lub gubiły zmysły. Drzewa zdawały się zasłaniać konarami od trwożącego krzyku.  Z kleistych objęć zapomnianego Łożyska Zagłady - teraz budził się Bezimienny. Jęczał i wił się, rzucając przy tym na wszystkie ściany jaskini brejowatą maź. Granatowe strużki wolno spływały po labradorytowych kamieniach. Głośne wycie wzmagało się z każdą kolejną sekundą bolesnego porodu. Tak, jak przepowiedziano – przychodził po raz kolejny. Nadchodził by niszczyć, by zabrać wszystko to, co tylko będzie stawało na jego drodze. Czeluście ciemnej Groty Zapomnienia przyjęły go tysiące lat temu do swego łona. Ukryły przed pogonią i światłem. Ukryły przed tymi, którzy węszyli za nim jak psy. Przed tymi, którzy pragnęli jego śmierci. I prawie im się udało… Teraz, po tylu latach rodził się ponownie, z nadzieją, że Ich już nie ma. Tym razem cała Elyssia miała być tylko dla niego.

Szponiaste palce skruszyły twardy kamień i stwór z przejmującym rykiem w końcu wydostał się z Łożyska. Jego powieki uniosły się, a spod nich błysnęło żółtawe światło, które po chwili rozjaśniło nieco przestronną grotę. Przekrzywił potężny łeb i powiódł wzrokiem po kamiennych ścianach w poszukiwaniu wyjścia. Lekkim ruchem strzepnął w międzyczasie resztki błękitnej mazi ze swych skrzydeł. Dostrzegł maleńki promyk bladego światła w najdalszym rogu jaskini. Nie zastanawiając się ruszył w jego kierunku. Ciężkie kroki masywnego cielska zatrzęsły posadzką, podrzucając przy tym drobne kamyczki. Szaroniebieski kurz unosił się pod stopami potwora, a po chwili osiadał na jego łuskowatej skórze. Bezimienny wyciągnął dłoń w stronę światła. Nieśmiały promyk przemknął po szorstkiej skórze i zadomowił się po chwili w zagłębieniu dłoni. Ciepły punkcik od razu przypomniał stworzeniu ohydę zewnętrznego świata. Przyglądał mu się przez moment z obrzydzeniem. Że też ponownie będzie musiał wychodzić na światło dzienne. Z nozdrzy stwora wydobył się złowieszczy charkot. Jedno silne uderzenie łap Bezimiennego z hukiem rozkruszyło skałę i utorowało mu drogę na zewnątrz. Jasne światło dnia wtargnęło do spowitej dotąd mrokiem groty, a wraz z nim do pomieszczenia dostał się ciepły wiatr znad morza. Stwór z obrzydzenie splunął w głąb groty Łożyska i zwinnym krokiem wybiegł na zewnątrz.

Od razu skierował się w stronę pobliskiego lasu. Przemykał trzymając się blisko skał i starając się unikać promieni słońca. Cień był jego dziennym sprzymierzeńcem. Byle do zmierzchu. Wtedy rozpocznie swe dzieło. Tym razem pokaże całej grupie Magów swą pełną moc. Nie ograniczy się, jak wcześniej do plucia ogniem i zamęczania przeraźliwym rykiem. O nie! Tym razem wykorzysta wszystkie możliwości, także te, które pozyskał w czasie swojego długiego odpoczynku.

mihaugal



Komentuj (5)

07.03.2006 :: 20:58...

Dziś minął rok odkąd nie ma Cię tu z nami...
tak pusto bez Ciebie...
Odpoczywaj w pokoju
[]



Komentuj (1)

13.01.2006 :: 22:48...

Poniżej przedstawiam tekst napisany przez moją serdeczną przyjaciółkę Mary. Mam nadzieję, że czytając go, będziecie równie mile zaskoczeni jak ja. Miłej lektury:)

Pani Czarnego Lasu


Wyczułam obecność obcych gdy tylko weszli do lasu. Moją uwagę zwrócił nieznaczny dysonans w drganiach powietrza. A potem dotarły do mnie niewidzialne strzępki aury, wyraźne w wolnym od magii powietrzu. Zamknęłam oczy i wyciągnęłam rękę. Znalazłam jedną nitkę na prawo, mniej więcej na wysokości mojej głowy. Druga znajdowała się na wprost mnie, nieco poniżej pasa. Zdecydowałam się na tę wyżej i owinęłam ją sobie wokół serdecznego palca. Ruszyłam.
Odnalazłam ich na Polance. Jeszcze zanim ich zobaczyłam, usłyszałam ich przytłumione głosy. Nie kryli swojej obecności. Cicho zbliżyłam się do biegnącej skrajem polany ścieżki i ukryłam w zaroślach. Dopiero wtedy ich zobaczyłam: mężczyznę i chłopca. Przyglądałam im się przez chwilę i wtedy stwierdziłam, że w chłopcu jest coś dziwnego. Zastanowiłam się i po chwili trwającej krócej niż trzy uderzenia serca zrozumiałam, co mnie zaniepokoiło. Iluzja. Zezłościło mnie, że nie zauważyłam tego od razu. Widocznie wieki spędzone na tym odludziu przytępiły moje zmysły. Zebrałam myśli i spojrzałam raz jeszcze. Tym razem wyszkolone oczy przejrzały iluzję i nagle spojrzałam w zielone ślepia demona. Krew i pożoga! Co to, to nie! Żaden cholerny demon nie będzie się plątał po moim lesie! Zaślepiona gniewem, bezmyślnie skoczyłam na potwora. Z głuchym jękiem upadł na plecy pod moim ciężarem. Odskoczyłam w tył. Z cholewy buta wyciągnęłam nóż i sprężyłam się do drugiego skoku, który mały szkodnik miał przypłacić życiem. Wtedy mężczyzna zagrodził mi drogę.
- Nie! – głos brzmiał znajomo. Zawahałam się. Nagle pod kapturem ujrzałam znajomy fioletowy błysk - Awentur! Nie opuściłam jednak noża.
- Bracie! – głowa demona wyłoniła się zza poły płaszcza Awentura – Mówiłeś, że mieszka tu mag, a spotykamy wariatkę.
Te słowa ponownie mnie rozwścieczyły. Nie zważając na stojącego przede mną przyjaciela znów napięłam mięśnie do skoku. Awentur musiał to zauważyć, gdyż popchnął demona za siebie.
- Ręczę za niego – rzekł patrząc mi prosto w oczy.
Parsknęłam i odwróciłam się, chowając nóż. Nie oglądając się za siebie ruszyłam w stronę mojej chaty. Czułam że, mimo nieprzyjemnego powitania, pójdą za mną.

Minęło sporo czasu zanim stanął w drzwiach. I jeszcze trochę zanim zdecydował się na przekroczenie progu.
- Przyprowadziłeś niemile widzianego gościa – ofuknęłam Awentura.
- Wiem, ale bardzo chciałem się z Tobą zobaczyć – odparł rozbrajająco. Nic już nie mogłam poradzić na rosnącą w moim sercu radość z widoku starego przyjaciela. Uśmiech sam wypełzł mi na usta.
- Witaj więc – rzekłam.
- Witaj! Szczęśliwa gwiazda świeci nad naszym spotkaniem – wypowiedział pradawne pozdrowienie.
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i podbiegłam do niego. Przytulił mnie mocno.
- Cieszę się, że Cię widzę - w końcu powiedziałam szczerze to, co cisnęło mi się na usta od chwili, gdy go rozpoznałam.
W odpowiedzi skinął tylko głową.

Gdy już odesłałam Awentura do sąsiedniej izby, gdzie mógł zmyć z siebie podróżny kurz, pojawił się demon. Akurat siedziałam na ławie ściągając swoje wysokie buty, kiedy jego ohydny łeb pojawił się w szparze uchylonych drzwi. Z rosnącym zainteresowaniem przyglądał się tatuażowi w kształcie ryby na mojej prawej kostce. „O żesz ty!”, pomyślałam i próbowałam ustawić nogę tak, by nic nie mógł widzieć. Tymczasem demon zdążył już wejść do środka i patrzył na mnie z obmierzłym uśmiechem.
- Podobno jesteś magiem? – zagadnął.
- Podobno – nie chciałam dać się wciągnąć w rozmowę.
- Musi być ciężko magowi mieszkać w takim miejscu. Żadnych węzłów w promieniu kilku dni drogi.
- Sprytny jesteś, jak na demona – zastanawiałam się, ile się domyślił.
- Tak, Piołun sprytny. I wiesz co? Piołun nie wyobraża sobie, żeby jakikolwiek mag mógł tu mieszkać. Chyba, że jakiś mag chciałby uniknąć pokusy używania mocy. Chyba, że bałby się, że gromadząc w sobie moc złamie pewną pieczęć i uwolni coś wyjątkowo wrednego – wysyczał, prawie już dotykając tatuażu swoim długim, krzywym paluchem.
Kopnęłam go tak mocno, że uderzył o przeciwległą ścianę.

Wieczorem rozpaliłam w kominku i razem z Awenturem usiedliśmy do kolacji. Jedliśmy zupę i chleb. Potem przyszła kolej na wino i rozmowę. Wypytywałam dokładnie o wydarzenia na świecie. Chłopów, których spotykałam w lesie, zwykle nie interesowało nic poza końcem ogona ich własnej krowy, byłam więc spragniona wszelkich informacji. Była również szczypta wspominek i ciut wymienionych poglądów, wszystko doprawione śmiechem i ciepłymi słowami. Przez cały czas obrażony demon siedział pod ścianą. Awentur uparł się, żeby i jemu podać jedzenie, ale piekielnik nic nie tknął.

W środku nocy obudził mnie szelest. Uniosłam powieki i zobaczyłam siedzącego w nogach mojego łóżka demona. Właśnie unosił skraj koca, którym okrywałam się w nocy. Zaniepokojona, ostrożnie sięgnęłam pod poduszkę po niewielki nóż. Tak uzbrojona poderwałam się i z łatwością obaliłam intruza na łopatki. Uniosłam ramię do ciosu. Nagle ktoś z tyłu chwycił mnie za nadgarstek.
- Rano odejdziemy – Awentur wyszeptał prosto do mojego ucha.
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak uparcie broni tej bestii. Kiedy tylko puścił moją rękę wstałam i wyszłam do lasu.

Świt zastał mnie siedzącą między korzeniami Bartłomieja - najstarszego drzewa rosnącego w najstarszej części lasu. Legendy mówiły, że to potężny mag zaklęty w drzewo za swoją pychę. Traktowałam ten stary dąb trochę jak ojca i odwiedzałam go ilekroć było mi źle. Tego ranka byłam zmarznięta, jednak wraz z ciałem ochłodziła się i głowa. Mogłam już wracać. Spojrzałam na wschód, gdzie jutrzenka różowiła obłoki. Za jakiś czas nad tamtą częścią lasu miało wzejść słońce, tam był dom z którego dzisiejszej nocy wygnał mnie gniew i upokorzenie. W moim sercu wciąż gościła złość, ale z wolna wkradał się tam również smutek. Kiedy dotarłam do chaty po wczorajszych gościach nie było śladu.


Komentuj (9)


29.09.2005 :: 22:21...

Na Wojtusia z popielnika

Z popielnika na Wojtusia
iskiereczka mruga.
Chodź opowiem ci bajeczkę.
Bajka będzie długa.

Była sobie raz królewna,
pokochała grajka,
król wyprawił im wesele
i skończona bajka.

Była sobie Baba Jaga,
miała chatkę z ciasta,
a w tej chatce same dziwy,
cyt! iskierka zgasła.

Patrzy Wojtuś, patrzy, duma,
łzą zaszły oczęta,
czemu żeś mnie oszukała?
Wojtuś zapamięta.

Już ci nigdy nie uwierzę
iskiereczko mała.
Najpierw błyśniesz, potem zgaśniesz,
ot i bajka cała.

Był sobie król, był sobie paź
i była też królewna.
Żyli wśród mórz, nie znali burz,
rzecz najzupełniej pewna.

Kochał się król, kochał się paź,
kochali się w królewnie.
I ona też kochała ich,
kochali się wzajemnie.

Lecz stała się pewnego dnia
rzecz straszna niesłychanie,
króla zjadł pies, pazia zjadł kot,
królewnę myszka zjadła.

Lecz żeby ci nie było żal
dziecino ukochana,
z cukru byl król, z piernika paź,
królewna z marcepana.

O owej smutnej kołysance przypomniał mi dziś JohNNy - odrazu zassałem z muła. Nie słyszałem jej całej lata i teraz uderzyła w moją czułą strunę. Idąc za ciosem zassałem Fantazję i Dziub Dziuba :) Polecam takie sentymentalne podróże (gorąco).


Komentuj (12)


24.09.2005 :: 15:52...

I like you!

I like you!

I like you!

If you're tall or small
I like you
If you're fat or thin
I like you
If you're rich or poor
I like you
I like you
I like you
E E Everybody
Come on everybody
Shake it to the left now!
Shake it to the right now!
E E Everybody
Come on everybody
You're dancing tonight
... i tak w koło Macieju

To jeden z moich ulubionych kawałków z cyklu "Z powerem acz niekoniecznie lirycznie". Ja tymczasem uciekam na VG (Egzekucja już prawie na ukończeniu). Pozdrawiam :)


Komentuj (55)